Kontakt: biuro@mojsklep.eu Sklep online w trakcie realizacji tel. 22 355 26 55

Spóźniona refleksja – Urząd Skarbowy

Spóźniona refleksja

Janusz Schwertner Dziennikarz Onetu
 
Ten tekst przeczytasz w 17 minut
Zachodzę w głowę, co mi jest? A może to właśnie problem głowy? Od czterech miesięcy żadna noc spokojnie nie przespana… Choć wszystko jest na dobrej drodze, to ja obawiam się, że oni nie dadzą mi spokoju*.

 

Strach

Co to znaczy, że Adam się bał? – pytam jego żonę.

Był przełom marca i kwietnia 2018 r., tuż przed Wielkanocą. Ostatnie dni na składanie rozliczeń podatkowych. Adam leżał w szpitalu drugi tydzień.

– Mąż już był wtedy innym człowiekiem – mówi Agata.

– W szpitalu nagle wpadł w panikę. Zaczął krzyczeć, że nie wypełniliśmy PIT-u za poprzedni rok. Ręce mu drżały i cały się trząsł. Już wcześniej, jak ze szpitala wychodził, to jeździł za naszą księgową, żeby mu papiery pokazała. Choć on sam te rozliczenia składał i wiedział, że wszystko było jak należy. Uspokajałam go, ale on już nikomu nie wierzył.

Jak pokazałam mu dokumenty, to uspokoił się na krótki moment. Ale wtedy zaczął się martwić, że papiery nie dotarły do urzędu skarbowego na czas i oni i tak nas dopadną. I znowu te ręce mu drżały.

Tekst powstał w ramach kampanii #wybieramyPrawdę. W najbliższych miesiącach na stronie głównej Onet.pl będą prezentowane kolejne artykuły z serii. Wszystkie znajdziesz na specjalnej stronie cyklu #wybieramyPrawdę

Agata: mąż w szpitalu był już innym człowiekiem Foto: © Creative Commons

Agata: mąż w szpitalu był już innym człowiekiem

Agata mówi, że mąż był owładnięty strachem. Jak był w szpitalu, to mówił tylko o urzędzie skarbowym. Pytał w kółko, czy udało się rozliczyć PIT. Był jak tykająca bomba. – A od nas, jak się wychodzi z mieszkania i skręca w lewo, to od razu widać budynek urzędu. Nieraz pytał mnie smutnym wzrokiem: „czemu ja muszę tu mieszkać i codziennie na ten budynek patrzeć”? To przez to wszystko ta choroba się w nim rozwinęła.

– Innym razem – kontynuuje Agata – przyszło jakieś pismo w sprawie garażu. Jak wymienialiśmy mieszkanie mniejsze na większe, to tak samo zrobiliśmy z miejscem na samochód. I któregoś dnia wezwali nas do urzędu. Jak mąż to zobaczył, to się załamał. On nawet już listonosza się bał. I to tak panicznie, że ataków lęku dostawał, jak tylko domofon dzwonił. Mówił: „Agatka, ja już tego nie dźwignę. Znowu chcą nas załatwić”. Poszłam ja i teraz to mnie drżały ręce. Okazało się, że popełniliśmy drobny błąd w rozliczeniu. Dopłaciłam 500 zł i było po sprawie.

Jednak po liście ws. garażu w Adamie coś ostatecznie pękło.

Niedowierzanie

O co chodzi w sprawie Adama? 

– Padł ofiarą ulgi meldunkowej. Co to takiego? Proszę spróbować wyobrazić sobie największy absurd, jaki przyjdzie panu do głowy. Właśnie czymś takim była ta ulga – mówi Marek Isański, szef Fundacji Praw Podatnika.

Ulga meldunkowa obowiązywała w Polsce w latach 2007–2008. Objęła każdego, kto w tym okresie nabył mieszkanie, a następnie sprzedał je w ciągu następnych pięciu lat. W teorii miała ludziom pomóc, bo zwalniała z podatku, który normalnie musieliby zapłacić. 

Żeby z niej skorzystać, wystarczyło złożyć oświadczenia o zameldowaniu i chęci skorzystania z ulgi.

O oświadczeniu nie wiedzieli nawet pracownicy Urzędu Skarbowego Foto: Mariusz Gaczyński / East News

O oświadczeniu nie wiedzieli nawet pracownicy Urzędu Skarbowego

– Absurd polegał na tym, że żaden normalny człowiek nie wiedział, że takie oświadczenie należy złożyć. Nie miał prawa o tym wiedzieć, bo państwo przed ludźmi skrzętnie ten warunek do skorzystania z ulgi ukryło. Informacja o nim znajdowała się tylko w przepisach, do których dostęp miała bardzo wąska grupa specjalistów – mówi Marek Isański. – Urzędnicy skarbowi i notariusze milczeli jak grób. Minister finansów nie przygotował nawet wzoru takiego oświadczenia, co było jego elementarnym obowiązkiem. Zresztą, zameldowanie to nie jest żadna wiedza tajemna. Urzędy od 50 lat mają dostęp do bazy PESEL. Same, więc mogły i powinny taką informację sprawdzić w ciągu pięciu minut – przekonuje Isański.

Urzędnicy sami z siebie niczego nie sprawdzali, za to po kilku latach ulgowiczów zaczęli wzywać do siebie. Informowali, że w związku z brakiem dostarczenia stosownego dokumentu, ulga przepada. I że trzeba spłacić zaległy podatek i odsetki, które w międzyczasie narosły.

Nie było dnia, by do urzędów skarbowych nie wzywano nowych osób, bo stosownego dokumentu nie złożył nikt. 

Państwo na ludzi zastawiło pułapkę. Po latach okazało się, że ofiar ulgi meldunkowej w Polsce było prawie 20 tys. Sumy, jakie musieli nagle spłacać, wahały się między kilkadziesiąt a 250 tys. zł.

O oświadczeniu nie mieli pojęcia notariusze, a ofiarą ulgi meldunkowej padali nawet… sami urzędnicy skarbowi, ścigani później przez swoich własnych kolegów. 

Agata, żona Adama: – Jak my się dowiedzieliśmy, że przez to oświadczenie będziemy mieli kłopoty, to nogi się pod nami ugięły.

To była środa, dzień przed Bożym Ciałem. Prawie pięć lat po tym, gdy zamienili mniejsze mieszkanie na większe i skorzystali z ulgi. W urzędzie skarbowym przyjęła ich koleżanka Agaty ze szkolnej ławy. – Jak usłyszałam, ile mamy do zapłacenia, to w głowie mi się zakręciło. Pomyślałam wtedy, że za nami powinien stać jakiś psycholog albo psychiatra. Koleżanka nastraszyła nas jeszcze, że najlepiej będzie spłacić wszystko do nocy. Jak przez mgłę to pamiętam. Do nocy… Skąd wziąć takie pieniądze?

– Adam nie wierzył, że jakaś kartka papieru, o której nikt nie wiedział, może zaważyć na całym jego życiu. Mówił cały czas: niech to będzie nawet i pięć tysięcy kary za głupią karteczkę, to sobie damy radę. Ale pięćdziesiąt tysięcy? Przecież to wyrok.

Patrycja

Patrycja, znajoma Adama, o tym, że urzędowi skarbowemu z dnia na dzień musi zapłacić osiemdziesiąt tysięcy złotych, dowiedziała się na początku 2015 r. Akurat była w trakcie studiów prawniczych. O uldze meldunkowej w Polsce nie słyszał wtedy prawie nikt. 

Myślałam, żeby podciąć sobie żyły, bo jak zniknę, to urząd będzie musiał całe to postępowanie wobec mnie umorzyć Foto: © Creative Commons

Myślałam, żeby podciąć sobie żyły, bo jak zniknę, to urząd będzie musiał całe to postępowanie wobec mnie umorzyć

– Pamiętam to jako najgorszą noc w moim życiu – mówi Patrycja. – Wróciłam z urzędu, gdzie panie powtarzały w kółko: „musi pani zapłacić”, „nie doniosła pani oświadczenia, naliczono pani podatek i odsetki”, „proszę uregulować kwotę jak najszybciej”. Tłumaczyłam, że zrobiłam wszystko, jak należy, ale to było jak rozmowa ze ścianą. W internecie zaczęłam szukać informacji na temat ulgi, ale znalazłam tylko pierwsze orzeczenia sądów w podobnych sprawach. Wszystkie niekorzystne dla ulgowiczów. Nie było sensu z nimi walczyć.

Załamałam się. Tej nocy stwierdziłam, że najlepszym rozwiązaniem będzie samobójstwo. Myślałam, żeby podciąć sobie żyły, bo jak zniknę, to urząd będzie musiał całe to postępowanie wobec mnie umorzyć. I przynajmniej nie zostawię moich rodziców z długami. W tamtą noc w porę przyjechała do mnie przyjaciółka. 

Urząd skarbowy działał tak, że wysyłał nam wezwania do zapłaty tuż przed przedawnieniem się sprawy. Czekał jak najdłużej, w moim przypadku 4,5 roku. Przez to odsetki rosły do astronomicznych rozmiarów i były prawie tak samo duże jak kwota podatku. I każdego dnia rosły. U mnie po 100 zł dziennie, czyli 3 tysiące na miesiąc. Niemal tyle, co wynosiła cała moja pensja.

Tłumaczyłam w urzędzie, że nie będę w stanie tego udźwignąć i poprosiłam o rozłożenie spłaty na raty. Na to pani z departamentu izby skarbowej rzuciła, że przecież mogę wziąć kredyt. To był ranek, pewnie przed ósmą. Pamiętam, jak szłam stamtąd prosto do pracy i przez całą drogę płakałam. 

Ta obojętność, chłód i wrogość potęguje w tobie bezsilność. „Będzie musiała pani zapłacić”, to ciągle brzmiało mi w uszach. Człowiek wie, że ma rację, ale nikt nie słucha twoich argumentów. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że nasze państwo wobec swoich obywateli nie ma litości. 

Z pomocą rodziców zaczęłam organizować fundusze i wtedy okazało się, że wobec ludzi, którzy nie byli w stanie zebrać pieniędzy, urząd wszczynał postępowania karno–skarbowe. Z automatu. Ja studiowałam prawo. Dla mnie jakikolwiek wyrok oznaczałby koniec marzeń o pracy w zawodzie. Zebraliśmy całe te pieniądze, żeby mieć to za sobą.

Czemu im zapłaciłam, zamiast się odwoływać? Nie było szans na zwycięstwo. Poza tym rodzice poprosili mnie, żebyśmy raz na zawsze o tym zapomnieli. Ja przeszłam przez załamanie psychiczne. Na wiele miesięcy praktycznie zamilkłam. Po prostu przestałam rozmawiać z ludźmi.

Miesiącami nie spałam spokojnie. Czasem wpadam w panikę, że znów przydarzy mi się coś podobnego. Gdybym chociaż przez chwilę nie przestawała o tym myśleć, to bym się w tym zatraciła. Tak jak Adam się zatracił. 

Joanna

Joanna Patrycję i Adama poznała w 2017 r. Wcześniej w internecie założyła forum ofiar ulgi meldunkowej i tam cała trójka zetknęła się ze sobą po raz pierwszy. – To był ciężki czas, ale stwierdziłam, że pora działać – wspomina.

– Ludzie byli mocno poruszeni. Mieli porozbijane życiorysy. Patrycja była bliska popełnienia samobójstwa. Zapłaciła im pieniądze, chociaż wiedziała, że tak naprawdę płaci państwu haracz. Ktoś inny chorował, jeszcze innym rozpadały się rodziny. Szybko odkryłam, że ofiar są tysiące i jesteśmy rozsiani po całej Polsce. Profesorowie, prawnicy, przedsiębiorcy, zwykli ludzie, starsi, młodsi… Ulga meldunkowa nie wybierała. A Adam to był facet, który od początku miał zapał walki. Ja trochę roztrzepana, energiczna, a on to taki pragmatyk. Razem chcieliśmy coś z tym zrobić. Jednego byłam pewna: udowodnimy im, że to my mamy rację i nie damy z siebie zrobić przestępców – mówi Joanna.

Forum Ulgi Meldunkowej zrzeszało podatników z całej Polski Foto: Onet

Forum Ulgi Meldunkowej zrzeszało podatników z całej Polski

Urząd wezwał ją do siebie 6 grudnia 2016 r. Dowiedziała się, że chodzi o 30 tysięcy złotych. To brzmiało jak wyrok, bo od lat samotnie wychowywała dwie córki. Oszczędności nie miała żadnych.

– Wie pan, że ja początkowo byłam spokojna? Wiedziałam, że dopełniłam wszystkich formalności. No więc poszłam do swojej pani notariusz, a ona zbladła. Zaczęła się tłumaczyć: „proszę pani, ja nie miałam obowiązku informować panią o tym oświadczeniu”. Sprawdziłam: rzeczywiście istnieje przepis, który chroni notariuszy w takich sytuacjach. 

To było najbardziej przykre: urząd skarbowy? Nie miał obowiązku nas informować. Notariusze – też nie, zresztą sami nie mieli takiej wiedzy. A jak się otwierało bieżącą ustawę, to też nie było o tym ani słowa, bo w międzyczasie przepisy się zmieniły. Więc skąd my mieliśmy o tym wiedzieć?

Zgłosiła się do dziennikarzy. Odpowiedziały jej dwie osoby: jedna z „Tygodnika Ostrołęckiego”, a druga z „Faktu”. Dzięki nim utwierdziła się w przekonaniu, że ofiar ulgi meldunkowej jest wiele. Część z nich w końcu zgrupowała na jednym forum.

– Pieniądze, które nagle trzeba znaleźć, to jedno – kontynuuje Joanna. – A to, co robi z człowiekiem urząd, to drugie. Pamiętam taką scenę: dostaję kiedyś wezwanie na przesłuchanie. Ale nie ma tam słowa o tym, w jakim charakterze mam się stawić. No to dzwonię do urzędu, a pani mi mówi: „no jak to, pani czytać nie umie?”. No to czytam jej na głos to, co napisali, nie ma tam słowa o charakterze, w jakim mam się stawić, ale gdzieś tam pada takie zdanie: „sprawca zobowiązany jest…”. Na to ona mi przerywa i mówi: „no, to jest pani wezwana w charakterze sprawcy”.

Jechałam kiedyś samochodem i słuchałam w radiu wywiadu z Hanną Gronkiewicz–Waltz. Była zdziwiona, że nie stawiła się na tę komisję reprywatyzacyjną i w związku z tym zajęli jej konto na 12 tys. zł. Pani prezydent miała z tym problem. I słusznie! Tylko że dla nas coś takiego to był chleb powszedni. Blokowano nam konta, pozbawiano środków… Byliśmy jak nadzy ludzie postawieni pod ścianą, odarci z godności i jakiejkolwiek możliwości obrony. Poza tym na początku nikt nie chciał nam wierzyć. Nawet w rodzinach ludzie mówili: „na pewno coś musiała zrobić, bo to niemożliwe, żeby urząd czepiał się bez powodu”.

Ciągle przychodził listonosz, przychodziły listy do skrzynki, wzywano nas, wszczynano postępowania. W tej całej gonitwie nikt nie chciał zdecydować się na odrobinę refleksji. Nikt nie chciał nas słuchać.

Byłam przekonana o swojej niewinności. Nawet wtedy, jak się śmiali ze mnie. Mówili, że nikt żadnej sprawy w Polsce nie wygrał, a ja naiwna wierzę w zwycięstwo. Nawet na tym naszym forum co poniektórzy patrzyli na mnie z przymrużeniem oka. Ja wierzyłam, że prawda musi wygrać. Bo przepisy tworzą ludzie i złe przepisy też tworzą ludzie i czasem oni po prostu muszą uderzyć się w pierś. I zobaczyć, że coś jest nie tak z tym naszym prawem.

Z Adamem kontaktowałam się częściej niż z innymi osobami. On był bardzo aktywny. Interesował się wszystkim, czytał każdy artykuł, podziwiał moje zaangażowanie.

Wspólnie uznaliśmy, że musimy mówić o uldze meldunkowej jak najprostszymi słowami. Tłumaczyć, że to nie my jesteśmy przestępcami, tylko że to państwo nas oszukało.

Był bardzo rozgoryczony i ja go rozumiałam. Strażak, który całe życie poświęcał się dla innych, a państwo się na niego wypięło.

"Myślę sobie nieraz: Boże, żeby mnie też taka choroba nie dopadła" - mówi żona Adama Foto: © Creative Commons

„Myślę sobie nieraz: Boże, żeby mnie też taka choroba nie dopadła” – mówi żona Adama

Adam

W straży pożarnej Adam spędził 25 lat.

Ireneusz, dowódca jednostki, w której pracował Adam, znał go od prawie dwudziestu. – Myśmy w straży nazywali go „narcyz”. Ale nie dlatego, że był narcyzem, ale dlatego, że miał dużo powodów, żeby bardzo siebie lubić.

Widział go pan na zdjęciach? Przystojny, świetnie wysportowany i inteligentny. W straży kończył na stanowisku kierowania. Wysyłał pomoc tam, gdzie była potrzebna. Co potrzebne jest w takiej robocie? Głównie opanowanie, doświadczenie życiowe i umiejętność rozmowy z człowiekiem. To praca bardzo stresowa, która ma prawo odkładać się w głowie. A on był zawsze tym człowiekiem, który u nas w jednostce rozładowywał atmosferę. Wie pan, jaka to jest praca, prawie nie ma tygodnia, żeby trupa nie trzeba było oglądać. On potrafił ściągać z nas ciśnienie – wspomina Ireneusz.

Żona Agata: Przez całe życie uprawiał sport. Biegał w maratonach, świetnie grał w piłkę ręczną i uprawiał boks. Na te biegi brał mnie ze sobą, tak mnie zmobilizował, że w końcu sama przebiegłam półmaraton.

Adam ze strażą pożegnał się w 2016 r. Większe mieszkanie, które kupili z żoną, korzystając z ulgi, było przyszykowane na emeryturę. W międzyczasie jeździł jeszcze do Niemiec dorobić trochę pieniędzy na studia dla córki. – No więc nie przychodził już do pracy, a ta choroba się w nim rozwijała. Myślę, że brakowało mu wtedy kolegów. Bo rodzina to jedno, ale z facetami mógłby siąść i bez owijania w bawełnę o pewnych rzeczach porozmawiać. Szkoda, że nie miał nas, jak mu ta skarbówka zaczynała wchodzić na głowę i ta depresja się w nim zaczęła rodzić – mówi przyjaciel ze straży.

Apatia

11 maja 2017 r. Adam przegrał proces przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Olsztynie. Sąd uznał, że skoro nie zaniósł oświadczenia, to musi zwrócić skarbówce całość podatku wraz z odsetkami.

Sprawa Adama trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego Foto: Gerard / East News

Sprawa Adama trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego

Joanna: Nie odpuszczał. Próbował wszystkiego. Jak sądy i urząd skarbowy odwróciły się do niego plecami, to zaczął pisać do polityków.

W lipcu 2017 r. Adam pisze list do jednego z wiceministrów obecnego rządu.

„Chciałbym Pana zainteresować sprawą ulgi meldunkowej, która okazała się dramatem wielu polskich rodzin, w tym mojej. Bezwzględnością w stosowaniu absurdalnego przepisu prawa, którego literalny zapis wziął górę nad rozsądkiem! Ofiary ulgi meldunkowej walczą o sprawiedliwość i odmianę swojego losu. Mamy wielkie poczucie krzywdy z powodu niesprawiedliwości przepisu stosowanego wobec nas – uczciwych i niewinnych obywateli. Niestety wszystko zmierza ku temu, że możemy stać się przestępcami!”.

Ministra zaprosił na spotkanie z ofiarami ulgi meldunkowej na dzień 31 lipca.

Dopiero po tym spotkaniu przychodzi odpowiedź: „W imieniu Sekretarza Stanu serdecznie dziękuję za trud włożony w analizę zagadnienia dot. problemu ulgi meldunkowej. Pańskie sugestie niewątpliwie zostaną poddane wnikliwej analizie oraz przekazane Panu Ministrowi. (..) W związku z dużą ilością obowiązków zorganizowanie spotkania jest bardzo utrudnione. Z tego powodu Pan Minister nie był w stanie spotkać się z Państwem”.

Do spotkania z ministrem nie doszło nigdy.

Joanna: – Na początku 2018 roku kontakt jakoś nagle nam się zmniejszył. Oboje czekaliśmy na swoje sprawy: ja na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, a on na rozpatrzenie swojego odwołania przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Niepokoiło mnie, że coś zaczęło w nim gasnąć.

2 marca 2018 roku Adam pisze do Joanny na Facebooku: „Przepraszam, że nie jestem aktywny, ale zdrowie mi szwankuje. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Prawdopodobnie pod wpływem długotrwałego stresu coś mam teraz z nadnerczami. Coś mnie niszczy”.

5 marca: „Życia nikt nie ma łatwego, ale w moim przypadku chyba »ucho« się urwało. Tak to poczułem w listopadzie, jak urząd skarbowy mnie wezwał do siebie. Od tego czasu coś mnie dopadło”.

Joanna: – W listopadzie dostał to wezwanie z urzędu w sprawie garażu, które nie okazało się niczym strasznym. Ale nie dziwię się, że zareagował na nie panicznie. My, ofiary ulgi, mieliśmy taki… strasznie traumatyczny syndrom listonosza. Lęk przed korespondencją. To jest straszny lęk. Jak brałam awizo i szłam na pocztę, to kręciło mi się w głowie. W głowie się psychoza rodziła.

Ostatni raz pisali 4 sierpnia 2018 r. Na niecałe dwa miesiące przed tym, jak sprawę Joanny miał rozpatrzyć sąd. Adam pisał jej, że ciągle nie wie, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny zajmie się jego odwołaniem. Ona chciała, by Adam wraz z innymi ulgowiczami przyjechał towarzyszyć jej w trakcie jej procesu. Wtedy mieli się zobaczyć.

Odpisał: „Całym sercem będę z Tobą, ale nie wiem, co ze mną będzie. Ja już nie jestem sobą”.

Joanna zastygła. Pisała mu: „jesteś dobrym człowiekiem”.

Jestem” – przytaknął. „Ale zabrano mi zdrowie. Przeżyłem koszmar”.

Żona mówi, że Adam w tym czasie brał już leki i regularnie chodził do psychiatry i terapeuty. Kilka miesięcy spędził w szpitalu. – Wystarczyły te dwa słowa: „urząd skarbowy” i wpadał w panikę. Powtarzał tylko, że nie jest przestępcą i że nikogo nie chciał oszukać. W nim to wszystko się nawarstwiało, bo on chciał chronić mnie i córkę. Wziął wszystko na swoje barki. Nie dopuszczał nas do tego, sam chciał tę sprawę załatwić.

Najbardziej wierzył w pomoc pana Marka – mówi Agata.

Refleksja

Marek Isański, szef Fundacji Praw Podatnika, wraz z Kancelarią GWW od kilku lat pomaga ofiarom ulgi meldunkowej. W latach 90. założył firmę leasingową, która stała się monopolistą na rynku autobusowym. Tylko w pierwszym roku działalności zarobił na czysto 15 mln złotych. Później jego biznesowi przyjrzał się urząd skarbowy, który uznał, że wystawiał fikcyjne faktury i na ich podstawie rozliczał VAT.

Marek Isański Foto: Justyna Rojek / East News

Marek Isański

Nie ma w Polsce nikogo, kto lepiej poznał smak walki z fiskusem. Z zarzutów został oczyszczony po dwudziestoletniej batalii. Dziś walczy o odszkodowanie. Żądał 150 milionów, ale biegły – powołany przez Skarb Państwa – ku zdumieniu wszystkich jego straty poniesione z winy urzędników wycenił znacznie wyżej: na 800 milionów. Isański o taką kwotę będzie bił się w sądzie. Państwo ma mu przyznać odszkodowanie w ciągu najbliższych dwóch lat.

– Dziś jesteśmy już w nowym punkcie – mówi Isański, gdy pytam go o ulgę meldunkową. – I w całkowicie innej rzeczywistości. Sądy nareszcie przejrzały na oczy i zmieniły orzecznictwo. Zapadły przełomowe wyroki, niewinnym, w dobrej wierze działającym ludziom przyznano rację. Podatki były naliczane niesłusznie, ludzie nie mieli prawa wiedzieć, że państwo oczekuje od nich doręczenia tego głupiego oświadczenia. „Głupiego” to i tak bardzo delikatne określenie dla tego ustawodawczego bubla – rozkłada ręce Isański.

Patrycja, koleżanka Adama (jej Isański też pomagał), która dla świętego spokoju przelała do urzędu naliczone jej 80 tysięcy, ma dziś prawo domagać się zwrotu pieniędzy. – To wyzwanie, które stoi przed nami. Nie tylko doprowadzić do umorzenia spraw wszczętych przeciwko ulgowiczom, ale także do wypłacenia pieniędzy tym, których państwo zdążyło już okraść – zapowiada Isański.

– Pan Marek to jest człowiek, który nas uratował. On i media – mówi Joanna. – Ja go podziwiam, to jest bardzo silna osobowość. Facet z charakterem, merytoryczny, stanowczy, szczerze mówiąc, nawet większość z nas bała się z nim rozmawiać. Jak była jakaś sprawa, to inni mnie prosili, żebym do niego zadzwoniła, bo tylko ja umiałam z nim rozmawiać (śmiech). On powiedział kiedyś, że w Polsce prawa gwałciciela są lepiej przestrzegane niż podatnika. Zrobił dla nas bardzo dużo i wierzę, że on jeszcze doprowadzi te sprawy do końca – przyznaje.

– Wcześniej wszystkie sądy klepały wyroki bez opamiętania – kontynuuje Joanna. – Tak sobie kiedyś rozmawialiśmy z panem Markiem: jak PiS zaczął działać niezgodnie z prawem, to szybko sięgnięto po traktaty europejskie i konstytucję. I dobrze. Ale w naszym przypadku przez pięć lat nikt się nawet nie zająknął. Kurczę, to czy już wtedy, gdy tysiącom ludzi działa się krzywda, nie można było po tę konstytucję sięgnąć?

31 lipca 2017 r. wpis poświęcony Markowi Isańskiemu na forum ulgowiczów zamieścił Adam. Pisał: „Panu Markowi Isańskiemu przede wszystkim składam wielki szacunek za jego niezłomność w walce o sprawiedliwość w swojej sprawie przez blisko 20 lat, gdzie dowiódł swego! Ja toczę walkę od ponad roku i nie wyobrażam sobie żebym tkwił w takim napięciu emocjonalnym przez kilkanaście lat. Dzięki Panu Markowi Isańskiemu i jego Fundacji dziś czuję osobiście potężne wsparcie i poczucie wielkiej nadziei! Dzięki temu, że Fundacja zajęła się moją sprawą i została złożona skarga kasacyjna w NSA to z optymizmem patrzę na finał naszej sprawy”.

Destrukcja

Próbuję zrozumieć moich bohaterów, którzy po walce z urzędem skarbowym załamują się, cierpią na depresję, nieraz myślą o samobójstwie. Czy przekonanie, że mają rację, nie chroni ich przed zatraceniem się?

Psychoterapeutka Magdalena Nowicka z SWPS zajmuje się tzw. psychologią różnic indywidualnych oraz psychometrią. Bada zagadnienia związane z regulacją afektywną – czyli to, w jaki sposób ludzie wpływają na swój nastrój.

– Myślę, że oni cierpią na syndrom stresu pourazowego, którego elementem mogą być zaburzenia depresyjne czy ataki paniki – mówi dr Nowicka. – Urazem może być dla człowieka nie tylko wydarzenie bezpośrednio zagrażające życiu, ale także takie, które potencjalnie życiu nie zagraża, ale poważnie godzi w poczucie bezpieczeństwa i ma charakter permanentny. Odczuwany przez bohaterów bardzo silny lęk zniekształcał im myślenie, powodując wręcz paranoiczne nastawienie do rzeczywistości – opowiada.

Dr Nowicka tłumaczy, że u Adama, Patrycji i Joanny najbardziej traumatyczne wydawały się odczuwany przez nich zupełny brak kontroli nad działaniami bezdusznych urzędników oraz przekonanie o niemożności podjęcia jakichkolwiek działań obronnych.

Ale jak zrozumieć tę bezsilność, ten lęk, że nawet mając przed sobą prawdopodobne zwycięstwo przed sądem, to jednak się odpuszcza i pogrąża już do końca? – pytam dr Nowicką.

– Są wśród nas tacy, którzy mają szczególną tendencję do tworzenia bardzo negatywnych schematów rzeczywistości, pełnych negatywnych założeń i przekonania o braku kontroli nad tym, co się w naszym życiu dzieje – odpowiada. – Te schematy są często efektem oddziaływań, którym podlegamy w procesie wychowawczym. Często już od małego nabywamy przekonania o niewielkim wpływie na nasze życie. Takie schematy z ogromną łatwością aktywują się przy każdej negatywnej sytuacji w naszym życiu i mają bardzo destrukcyjny charakter – mówi mi dr Nowicka.

Samotność

Na jakim etapie jest sprawa Adama? – pytam jego żonę.

–Nie wiem. Nikt się z nami nie kontaktował, ja do urzędu boję się iść, zapytać. Jest niepewność, czy odsetki nie rosną nam każdego dnia.

Czy jest ktoś, kto pani pomaga?

– Tylko fundacja pana Isańskiego. Więcej nikt. No bo kto? Kto ma mi pomóc? Pieniędzy nikt mi nie da do ręki.

Jak się pani trzyma?

– Początkowo w ogóle się nie trzymałam. Jestem na lekach, córka jest na terapii. Dopiero ostatnio pierwszy raz się uśmiechnęłam, a to już coś. Nie wiem, co mnie czeka, jaka bomba na nas jeszcze spadnie.

Wie pani, kiedy sąd rozpatrzy odwołanie Adama?

– Nie wiem. I nie mam żadnych przeczuć, jak ta sprawa się skończy. Nie wiem, po prostu nie wiem. Jestem jak oszołom.

Ten proces się skończy wygraną, wszystko na to wskazuje.

– Staram się być dobrej myśli. Jak mi sił starczy, osobiście pojadę na rozprawę. Na razie jest cierpienie. I żal. Muszę chronić córkę, bo ona jest jak Adam. Niby silna kobieta, ale serce wróbla. O siebie się też czasami boję. Ja już widzę, że zamykam się w sobie, unikam kontaktów, rozmów. Boże, myślę sobie, żeby we mnie taka sama choroba się nie rozwinęła, jak u niego… Siedzę i o nim myślę. Że on jest tu obok, że zaraz gdzieś tu stanie obok mnie.

Pustka

Joanna przypomina sobie taką rozmowę z Adamem: musiała być połowa 2017 r., oboje usłyszeli o kobiecie, która po nieudanej walce z urzędem skarbowym odebrała sobie życie. Napomknął jej wtedy, że gdyby ktoś z ich grupy też zdecydował się na taki krok, to może ludzie w końcu zwróciliby na nich uwagę. Zirytowała się. Poprosiła go, żeby nie gadał głupot i żeby nie myślał tak nawet przez moment.

"Na własną rękę podjęli walkę, a później dołączyli do nich ratownicy medyczni. My przyjechaliśmy po chwili. I dopiero wtedy zobaczyłem, że to Adam tam leży" Foto: © Creative Commons

„Na własną rękę podjęli walkę, a później dołączyli do nich ratownicy medyczni. My przyjechaliśmy po chwili. I dopiero wtedy zobaczyłem, że to Adam tam leży”

Ireneusz, przyjaciel Adama ze straży: – Ciężko mi w ogóle o tym mówić, bo rany jeszcze się nie zabliźniły. Otrzymaliśmy zgłoszenie i całą ekipą pojechaliśmy na miejsce. My nawet nie wiedzieliśmy, do kogo jedziemy. Było wiadomo, że chodzi o mężczyznę i że wcześniej zamknął się w piwnicy. Zanim przyjechaliśmy, członkowie jego rodziny sforsowali drzwi i odcięli go od rury. Wśród nich był także jego ojciec. Na własną rękę podjęli walkę, a później dołączyli do nich ratownicy medyczni. My przyjechaliśmy po chwili. I dopiero wtedy zobaczyłem, że to Adam tam leży. 

Joanna: – Na moją sprawę zjechali się ludzie z całej Polski i wszyscy byli ubrani na czarno. To był nasz manifest. Ja stałam pośrodku sali, też cała na czarno, i słuchałam wyroku. Przed sądem powiedziałam, że tu obok nas powinna dziś stać jeszcze jedna osoba. Adam. Ale że już go z nami nie ma.

Adam popełnił samobójstwo tydzień wcześniej, 21 września 2018 r. 

Joanna swój proces wygrała. Był to jeden z trzech pierwszych przełomowych wyroków dla wszystkich ofiar ulgi meldunkowej. Sąd uznał, że urząd skarbowy nie miał prawa ściągać od niej podatku i umorzył toczące się wobec niej postępowanie.

Termin rozprawy Adama przed Naczelnym Sądem Administracyjnym nadal nie został wyznaczony. Marek Isański nie ma wątpliwości, że gdy sprawa nareszcie się odbędzie, to państwo w końcu przyzna Adamowi rację.

Imiona głównych bohaterów zostały zmienione

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *